Warszawski Blog - HAJDanaPARK
Blog > Komentarze do wpisu
Dlaczego nie jeżdżę samochodem - sequel


A właśnie! Przypomniałem sobie, że mój ojciec również zatracił fascynację czarem czterech kółek, będąc w kwiecie wieku, to jest okolicach tzw. „midlife crisis”. A było to tak.



W roku 1966 mieszkaliśmy w wiadomym miastku, w okolicach BOBka (Bardzo Okrągłej Budowli). Z naszej bramy wychodziło się na rogatki wiodące w BWU (Bardzo Ważną Ulicę) -Frascati.


Jednokierunkowa obecnie i zatłoczona parkującymi samochodami ulica Mistkowa-Wiejska była wtedy dwukierunkową arterią, po której kursował nawet czerwony Chausson (na przystanku tego właśnie autobusu, o ile pamiętam nr 100, grasował swego czasu Miastkowy Janosik - Zły).





Mój ojciec wstał rano, napił się kawy Inki, po czym wyszedł do swego automobilu, parkującego po drugiej stronie ulicy, za rogatkami, na parkingu Ministerstwa Handlu Zagranicznego (obecnie Kaczej Kancelarii). Jeździł wtedy czymś takim:





Nazywało się toto DyktaKlejWoda, albo Dekawka, albo DKW F8.


Ojciec wyciągnął na desce kokpitu cięgiełko ssania, zapalił silnik, popykał dwutaktownie, poczym parasolką wrzucił jedynkę i ruszył podśpiewując pod nosem „La donna e mobile” do codziennej pracy w PAN w Jabłonnie. Dzień był piękny - miastkowe lato. Szarmancko, z przyśpiewem wyjechał z rogatek w Wiejską i…..bum! Wpadł na niego, mający pierwszeństwo przejazdu miastkowy taksiąż, jadący swoją wspaniałą maszyna o wdzięcznej nazwie „Miastko” z zawrotna prędkością 50 km na godzinę!


Ojciec delikatnie otarł drżącą ręką krew z rozbitego o lusterko czoła i wysiadł przepraszać taksiąża, który biadolił nad rozwalonym przodem swej, swego, „Miastka” marki Pabieda. Po kurtuazyjnej wymianie mięs panowie postanowili "zgodnie”, że ojciec musi kopsnąć dla Sałaty-Taksiąża sałatę. Na to nadjechała inna Pabieda-Miastko, różniąca się od rozbitej tym, że na jej dachu wesoło błyskało niebieskie światełko nadziei.


Mojemu ojcu pojawiło się w buzi kolejne mięsko – nie dość, że sałata dla taksiąża, to jeszcze mandat. Szybko je jednak przełknął i jako zahartowany w okupacyjnych bojach z najeźdźcą, zaczął – Witam Towarzysze Władzo! Co was, ciebie tutaj sprowadza?


Pełne powagi oblicze władzy nie raczyło odpowiedzieć na tą ewidentną, imperialistyczną prowokację. Spokojnie obejrzało oba rozbite pojazdy wyrabiając sobie światopogląd na zaistniałą sytuację.


A potem? A potem to już po prostu był Miś.


Aaaa – gdy – by - tą – dro - gą – po – dą - żał – pieszysekretasz Toteżbyścietakjechalijakwariat? OBYWATELU!?


Taksiąże wymiękł. Przed jego oczami krajobraz zamienił się w luźno skomponowany collage z różnego rodzaju krat i kratek. Kwilącego i duszącego w ustach mięsko taksiąża, Towarzysze Władzo zabrali, zabrało na-do komendy, celem udzielenia mu pierwszej pomocy, jaką z pełnym zaangażowaniem serwowali w takich przypadkach.


Czar czterech kółek prysł. Od tej pory ojciec nie chciał już jeździc automobilem.


A co wtedy było wokoło słychać?


Zależało od tego gdzie się ucho przyłożyło. Przeważnie słychać było głos Gomułki, który mieszkał na Miastkowej Skarpie i uliczką Frascati wyjeżdżał stamtąd - zawsze pod obstawą - na światło dzienne.




piątek, 01 września 2006, zidarius

Polecane wpisy

  • Dobranocka dla mola - książkowego

    Tak jak wiele osób, cenię błyskotliwy dowcip oraz grę słów i znaczeń u Leca. Aforyzm, szczególnie ten niosiący kondensat komentarza do postrzeganej rzeczywistoś

  • Horroru szkolnego początek

    Uff, co za ulga! Jak to dobrze, że moi dwaj synowie maja za sobą ten okres nauki, który charakteryzował się corocznym wrześniowym startem. Mieli wątpliwą przyje

  • Z innej beczki - Sobotnie nastroje

    Po tygodniowym pędzie, czasami trudno sie wyhamować, trudno zacząć odpoczywać. To, co poniżej, znalazłem na pożółkłych stronach wyciągniętego z najniższej półki