Warszawski Blog - HAJDanaPARK
RSS
niedziela, 03 września 2006
Dobranocka dla mola - książkowego
Tak jak wiele osób, cenię błyskotliwy dowcip oraz grę słów i znaczeń u Leca.

Aforyzm, szczególnie ten niosiący kondensat komentarza do postrzeganej rzeczywistości często lepiej do mnie przemawia niż poważna analiza.

W 2001 pojawiła się na mojej półeczce książeczka, która czasami przed snem poczytuję. Autor zawartych w niej zapisków uważany jest, jak stwierdza wpis na skrzydełku okładki, za klasyka aforystyki.

Dzisiaj przeczytałem:

"Nadmiar lektury przywiódł nas do uczonego barbarzyństwa"

O rety! Aż strach czytać dalej.

Tak, czy inaczej, polecam - Georg Christoph Lichtenberg




23:25, zidarius
Link Dodaj komentarz »
Horroru szkolnego początek
Uff, co za ulga!

Jak to dobrze, że moi dwaj synowie maja za sobą ten okres nauki, który charakteryzował się corocznym wrześniowym startem.

Mieli wątpliwą przyjemność posłużenia za doświadczalne króliki osobnikom z MEN, których inteligencję należałoby określić nie tylko jako wyłącznie emocjonalną, lecz wręcz w pełnym tego słowa znaczeniu - irracjonalną.

W obecnej sytuacji, kiedy MEN-em rządzi Rodzina Adamsów, składam głębokie wyrazy współczucia dla wszystkich skazanych oraz ich rodziców.

Jednocześnie w związku z zapowiedziami BDM (Bardzo Dużego Ministra) o wprowadzeniu mundurków, przedstawiam moją propozycję.


00:36, zidarius
Link Komentarze (1) »
sobota, 02 września 2006
Z innej beczki - Sobotnie nastroje
Po tygodniowym pędzie, czasami trudno sie wyhamować, trudno zacząć odpoczywać.

To, co poniżej, znalazłem na pożółkłych stronach wyciągniętego z najniższej półki opasłego książyska. Wklejam z pewnej netto-stroniczki.

Kto zgadnie autora?


Solitude
1853

I love the stillness of the wood
I love the music of the rill:
I love to couch in pensive mood
Upon some silent hill.

Scarce heard, beneath yon arching trees,
The silver-crested ripples pass;
And, like a mimic brook, the breeze
Whispers among the grass.
-
Here from the world I win release,
Nor scorn of men, nor footstep rude,
Break in to mar the holy peace
Of this great solitude.

Here may the silent tears I weep
Lull the vexed spirit into rest,
As infants sob themselves to sleep
Upon a mother's breast.

But when the bitter hour is gone,
And the keen throbbing pangs are still,
Oh, sweetest then to couch alone
Upon some silent hill!

To live in joys that once have been,
To put the cold world out of sight,
And deck life's drear and barren scene
With hues of rainbow-light.

For what to man the gift of breath,
If sorrow be his lot below;
If all the day that ends in death
Be dark with clouds of woe?

Shall the poor transport of an hour
Repay long years of sore distress-
The fragrance of a lonely flower
Make glad the wilderness?

Ye golden hours of Life's young spring,
Of innocence, of love and truth!
Bright, beyond all imagining,
Thou fairy-dream of youth!

I'd give all wealth that years have piled,
The slow result of Life's decay,
To be once more a little child
For one bright summer-day.
March 16, 1853.



11:28, zidarius
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 września 2006
Dlaczego nie jeżdżę samochodem - Grande finale
Jak już wspomniałem nie mam. Sam się sobie dziwię. W takim wieku wylądować bez samochodu.

A gdzie mój honor, moje poczucie statusu!

Samochodem jeździ za to GMM (Gusia Moja Malusia). Czasami gdy nadmiernie toczę pianę na styl jej jazdy (a toczę - bom choć bez kunia oraz boso, ale za to w ostrogach) to hamuje, wysiada i mówi - masz prowadź!

No to prowadze. Jak to się dawniej mówiło "wyrzucam kierunkowskaz" i włączam się do ruchu (cwani egzaminatorzy mówili wtedy - I co? I nie ma pan już kierunkowskazu). A więc włączam się do ruchu i budzi sie we mnie zwierz.

Twarz mi blednie, włos mi rzednie -
psują mi się zęby przednie.
A niech tylko wiatr zaśwista -
w piekielnego wpadam twista!
Widząc mnie w piekielnym twiście -
Zwariowalibylibyście!

Rezultat tego jest niestety możliwy do przewidzenia, po przyjeździe do domku za miastkiem jestem karany komendą pokrojenia pomidorów na sałatkę - żebym się uspokoił.

Tak Tak - jak mawia pewien operator GSM -

Przez upiorność tę niestety
zniechęcają się kobiety.


21:15, zidarius
Link Dodaj komentarz »
Dlaczego nie jeżdżę samochodem - sequel


A właśnie! Przypomniałem sobie, że mój ojciec również zatracił fascynację czarem czterech kółek, będąc w kwiecie wieku, to jest okolicach tzw. „midlife crisis”. A było to tak.



W roku 1966 mieszkaliśmy w wiadomym miastku, w okolicach BOBka (Bardzo Okrągłej Budowli). Z naszej bramy wychodziło się na rogatki wiodące w BWU (Bardzo Ważną Ulicę) -Frascati.


Jednokierunkowa obecnie i zatłoczona parkującymi samochodami ulica Mistkowa-Wiejska była wtedy dwukierunkową arterią, po której kursował nawet czerwony Chausson (na przystanku tego właśnie autobusu, o ile pamiętam nr 100, grasował swego czasu Miastkowy Janosik - Zły).





Mój ojciec wstał rano, napił się kawy Inki, po czym wyszedł do swego automobilu, parkującego po drugiej stronie ulicy, za rogatkami, na parkingu Ministerstwa Handlu Zagranicznego (obecnie Kaczej Kancelarii). Jeździł wtedy czymś takim:





Nazywało się toto DyktaKlejWoda, albo Dekawka, albo DKW F8.


Ojciec wyciągnął na desce kokpitu cięgiełko ssania, zapalił silnik, popykał dwutaktownie, poczym parasolką wrzucił jedynkę i ruszył podśpiewując pod nosem „La donna e mobile” do codziennej pracy w PAN w Jabłonnie. Dzień był piękny - miastkowe lato. Szarmancko, z przyśpiewem wyjechał z rogatek w Wiejską i…..bum! Wpadł na niego, mający pierwszeństwo przejazdu miastkowy taksiąż, jadący swoją wspaniałą maszyna o wdzięcznej nazwie „Miastko” z zawrotna prędkością 50 km na godzinę!


Ojciec delikatnie otarł drżącą ręką krew z rozbitego o lusterko czoła i wysiadł przepraszać taksiąża, który biadolił nad rozwalonym przodem swej, swego, „Miastka” marki Pabieda. Po kurtuazyjnej wymianie mięs panowie postanowili "zgodnie”, że ojciec musi kopsnąć dla Sałaty-Taksiąża sałatę. Na to nadjechała inna Pabieda-Miastko, różniąca się od rozbitej tym, że na jej dachu wesoło błyskało niebieskie światełko nadziei.


Mojemu ojcu pojawiło się w buzi kolejne mięsko – nie dość, że sałata dla taksiąża, to jeszcze mandat. Szybko je jednak przełknął i jako zahartowany w okupacyjnych bojach z najeźdźcą, zaczął – Witam Towarzysze Władzo! Co was, ciebie tutaj sprowadza?


Pełne powagi oblicze władzy nie raczyło odpowiedzieć na tą ewidentną, imperialistyczną prowokację. Spokojnie obejrzało oba rozbite pojazdy wyrabiając sobie światopogląd na zaistniałą sytuację.


A potem? A potem to już po prostu był Miś.


Aaaa – gdy – by - tą – dro - gą – po – dą - żał – pieszysekretasz Toteżbyścietakjechalijakwariat? OBYWATELU!?


Taksiąże wymiękł. Przed jego oczami krajobraz zamienił się w luźno skomponowany collage z różnego rodzaju krat i kratek. Kwilącego i duszącego w ustach mięsko taksiąża, Towarzysze Władzo zabrali, zabrało na-do komendy, celem udzielenia mu pierwszej pomocy, jaką z pełnym zaangażowaniem serwowali w takich przypadkach.


Czar czterech kółek prysł. Od tej pory ojciec nie chciał już jeździc automobilem.


A co wtedy było wokoło słychać?


Zależało od tego gdzie się ucho przyłożyło. Przeważnie słychać było głos Gomułki, który mieszkał na Miastkowej Skarpie i uliczką Frascati wyjeżdżał stamtąd - zawsze pod obstawą - na światło dzienne.




14:44, zidarius
Link Dodaj komentarz »
Dlaczego nie jeżdżę samochodem?

 

Bo nie mam. Całe moje dorosłe życie miewałem jakiś samochód. Począwszy od Garbelana w latach 1980 - zaraz potem sprzedałem go jakiemuś wojskowemu, który później straszył z giwerą na miastkowych ulicach, ten wojskowy znaczy się, nie Garbelan – aż po ostatnio sprzedany, jakiemuś szalonemu miastkowemu taksiążowi, Pełwrzod. Spotkałem go ostatnio. Tego taksiąża znaczy się, w tym Pełwrzodzie. Jechał jak wariat. Czy ten Pełwrzod był zaczarowany? Zmieniał drajwerom osobowość? Dawał drajwerom drajwa? Ja o ile pamiętam lekko się zmieniałem po załogowaniu się do niego. Teraz ten taksiąż…

 

Dobra. Później opowiem, dlaczego nie jeżdżę samochodem. Bo spieszę się na autobus.

 

07:41, zidarius
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 sierpnia 2006
Carte Noire - Arôme Absolu o siódmej rano w Polsce
Trudno jest sie rano rozkręcić. Kawa ledwo pomaga przy takiej pogodzie. Przydałby się jakiś ptak nakręcacz, by nakręcić bieg dzionka. Ale za oknem mojego domku nic nie słychać. Ptasia depresja. Piję kawę i zerkam na moją bibliotekę domową. Ostatnio dużo w niej grzebię wieczorami, więc rano książki sa w sporym nieładzie. Kiedyś to musze poukładać. Od kilku lat mam kilkuminutowe zapędy by to wszystko tak tematycznie, alfabetycznie, autorami, grzbietami, napisami w jedną stronę. A może nawet kolorystycznie?

A może nawet to wypuścic na rynek? Założyc pierwszy osztywżyciu internetowy sklepik? Całymi dniami pakować paczki, a potem stać godzinami na poczcie? Ciekawe ile trwałoby sklikanie moim Lumixem wszystkich pozycji?

Wyciągnięcie z półki -10 s
Ułożenie na stole - 5 s
Zrobienie fotki - 10 s
Odłożenie na półkę - 10 s
Razem - 35 s
Razy ~ 2.500 egz.
Równa się - 87500 s
Podzielić na 60
Równa się - 1.458,33333333333333
Podzielić na 60
Równa się - 24,305555555555555555555555555556


Jedna doba? Dam radę.

07:48, zidarius
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 sierpnia 2006
Ale tak wogle to łoco chodzi?
Zdarza się. No więc spróbuję dokonać jakiegoś spustu surówki na ten Eastern Blox. Deszczowa aura usposobiła mnie lekko refleksyjnie i po powrocie z biura do mojego domku prawie za miastkiem, ublogizowałem się na bloxie.

O czym to ja tu chciałem... aha, miastko było dziś zdecydowanie odpychające. Jazda tranbajem przypominała seans delirycznej akupunktury serwowany przez paniusie z mokrymi parasolkami. Próbowały je człowiekowi wpychać w różne miejsca, niektóre mniej lub bardziej erogenne. Ostatecznie przy wyjściu decydowały sie, że - mężczyzna lubi patrzeć - i wpychały je mu w oko.

Kocham w takie dni jak dzisiejszy wysiadać na tym cudownym przystanku tranbajowym przy dogorywającym Metropolu. Jest wąsko. Jest ciasno. Jest jak w hinduskim pociągu. Ten wąski pas ziemi to miastkowe Westerplatte. Jedni pchają się do inni pragną z. W pewnym momencie te dwa nurty równoważą się i wszyscy stają w napiętym bezruchu. Trwa to kilka sekund dotąd aż najsłabszy psychicznie wymięknie i cofnie się lub spuści wzrok, wtedy odpływ i przypływ krystalizują się i można udać sie w kierunku następnego koszmaru miastkowego centrumu to jest przejścia pod rondem Oskar-Kanapka-Hades. Silnie zmacerowany w tranbaju miastkowy jest tam poddawany wstępnej obróbce cieplnej i smakowej i wsiada do półmetra niosąc za sobą ciepłą woń zgrilowania.

A właśnie! W letnie upały z okien tranbaja widać było na przystankach dziewuszki z transparentami "Czujesz się jak w mikrofalówce? Wypożycz sobie skuter"

Nie ma ich ostatnio. Wszystkie zostały zamordowane?





22:40, zidarius
Link Dodaj komentarz »